Wiosenne manewry - Krajna Adventure Racing 2015

  • Opublikowano: 30/04/2015

Początek roku przyniósł dobrą i złą wiadomość. Mój stały towarzysz rajdowy zgłosił problemy z możliwością startów, ale pojawiła się nowa postać w barwach KS Bednarska. Nowa w rajdach, a za to sprawdzona w sekcji wspinaczkowej - Artur Urbanik, absolwent naszego IB zgłosił chęć startowania w takich zawodach.
Rozpoczęły się prawie 8-tygodniowe przygotowania z kilkoma próbnymi startami na krótkich BnO. Początkowe obawy i niepewności czy damy radę przeżyć 160km przerodziły się w niecierpliwe oczekiwanie. W tym roku rajd wielkopolski Krajna Adventure Racing odbywał się niedaleko Złotowa, a jak się okazało po otrzymaniu map, w okolicy znanej miejscowości Borne Sulinowo.
Oprócz naszej dwójki zgłosiła się też drużyna mix ( Justyna Wasilewska i Maks Pabin) na trasie krótkiej 60km.

W końcu nadszedł piątek 27 marca i wyruszyliśmy do Złotowa zmierzyć się z nieznanym...
Na miejscu zameldowaliśmy się jako pierwsza ekipa i wybraliśmy sobie dogodne miejsce na... rzeczy, bo spać raczej nie mogliśmy. O 24.00 start więc nie dało się uszczknąć odrobiny snu. Wszędzie pełno rowerów, rzeczy, głosów i jak zawsze musi chcieć się człowiekowi kupę. Oj, denerwowaliśmy się bardzo! Artur, jako debiutant, w ogóle. Każdy, kto się o tym dowiedział, przepowiadał  nam klęskę i katastrofę, tylko nie ja, odpowiedzialny za wdrożenie partnera w arkana tych zawodów.
Około 22.00 dostaliśmy mapy i mogliśmy zadawać pytania organizatorowi. Pierwsze pytanie zadał Artur, ale niestety mnie: „Rafał, ty wiesz o co chodzi z tymi mapami?”. Tu popełniliśmy pierwszy i chyba najważniejszy błąd. Nie zaplanowaliśmy trasy jak większość ekip, a jedynie przeglądnęliśmy otrzymane mapy i spakowaliśmy je do odpowiednich przepaków. Wierzyliśmy w sprawczą siłę improwizacji.

Na rynku w Złotowie stanęliśmy przed czasem trochę zniesmaczeni, że jednak nie dało się zasnąć na tak rozświetlonej i przeludnionej sali gimnastycznej. Pierwszym elementem był prolog – krótki bieg na orientację po mieście. Mapa była delikatnie zmodyfikowana dla utrudnienia, ale punktów i kilometrów było niewiele. Po sygnale zgarnęliśmy mapę i pobiegliśmy pewni, że na rower nie wsiądziemy ostatni. Trochę ostudziły mnie słowa wypowiedziane przez obsługę: „Ci to są chyba nieogarnięci, bo pobiegli w przeciwną stronę niż wszyscy”. Jako jedyni prolog robiliśmy w odwrotnej kolejności niż reszta, ale skończyliśmy go w środku stawki. Wydaje się to niezłym pomysłem, bo biegnący z naprzeciwka wskazywali nam gdzie się kierować.


Zdyszani dopadamy rowerów i...niestety Artur musi zmienić buty na rowerowe. Trochę ekip nas wyprzedza, więc ruszamy ostro za innymi. Przed nami 35km na rowerze po bezdrożach. Do drugiego punktu docieramy na 4 pozycji od końca. Przyciskamy mocniej pedały i na kolejnym punkcie za nami jest już 7 drużyn. Kłopoty zaczynają się na 6pk (górka koła Jastrowia), bo nie możemy znaleźć lampionu, jak i większość wałęsających się tam drużyn. Po prawie 40 minutach odpuszczamy i lecimy dalej. Przed nami przepak na najdłuższy odcinek pieszy – 30km. Jak się później okazało na tym postoju spędziliśmy najmniej czasu, tylko 20 minut.
Część piesza rozpoczęła się z brzaskiem i można było wyłączyć czołówki. Na początku postanowiliśmy nie biec, a tylko szybko maszerować. Bieg rozpoczęliśmy dopiero po 10km, korzystając z równej drogi. Nawigacja była dość łatwa i szybko dotarliśmy do odcinka specjalnego na bagnach. Skacząc z wysepki na wysepkę, dotarliśmy do miejsca, gdzie długość naszego skoku nie wystarczała. Nie mieliśmy zamiaru włazić w ciemną i mokrą breję po pas. Dwa silne chłopy wzięły solidny pień i dawaj go przepychać na drugą stronę. W końcu stanowiliśmy najrzadszą kategorię – suma mas zawodników z jednej drużyny ponad 180kg. Wszystko szło sprawnie tylko pieniek postanowił się zaklinować tuż przed następna wysepką. No cóż, można przecież z niego skoczyć, to już blisko. Artur szedł pierwszy, a ja za nim, podpierając się kijem. Na końcu trochę nasza konstrukcja zawiodła. W momencie gdy Artur chciał się odbić, pień się podtopił i musieliśmy skakać równocześnie. To musiało wyglądać zabawnie, gdy dwóch facetów próbuje się dostać wspólnie jednym skokiem na małą wysepkę. Choć zabawniejsze byłoby lądowanie na plecach w czyhającym za nami bagnie.
Parę metrów dalej zobaczyliśmy rzeczkę i nie mieliśmy już żadnych zahamowań. Szkoda czasu na kombinowanie, a buty i ubranie wyschną w trakcie. Musiałem mieć nietęgą minę po tej przeprawie, bo nagle Artur krzyknął: „uśmiechaj się – robią nam zdjęcie”. To sobie wybrał miejsce fotograf.

Przez cały etap pieszy nic więcej ciekawego się nie wydarzyło, no może oprócz...niewypału. Organizator ostrzegał nas, że te lasy to skarbnica (arsenał) wojennych zabytków ruchomych.
-”Dlaczego się zatrzymałeś?”
-”Zobacz co ma pod nogą”
-”Duże...co to jest?”
-”Pocisk czołgowy”
-”Zapamiętaj gdzie, to zgłosimy organizatorom”
W czasie tego etapu odkryliśmy bogactwo umocnień wojskowych rozlokowanych w totalnej głuszy lub wprost na bagnach.
O 11.00 docieramy do Bornego Sulinowa, które zachwyca zagospodarowaniem i urodą. W końcu to miejscowość położona nad pięknym jeziorem, po którym zaraz będziemy pływać. Przepak tym razem trwał odrobinę dłużej (32minuty). Początek w kajaku to jak zawsze walka z kierunkiem. Kajak wybiera inaczej niż wiosłujący. Poruszanie się zygzakiem dodaje wiele dodatkowych metrów, które później czuć w rękach. Artur doświadcza pierwszego zasypiania w trakcie wiosłowania. Ogólnie człowiek wiosłuje dalej, tylko umysł mu się wyłącza i nic nie widząc,  nic nie słysząc porusza miarowo rękoma.
Na początku etapu kajakowego mamy za sobą 7 drużyn i 30km przed sobą po jeziorze i rzece. Wiele punktów wymaga biegania w głąb lądu, co skutkuje rozdzielaniem się na długie minuty. Mamy dobrą taktykę i dużą skuteczność, która owocuję dogonieniem kilku ekip. Już w połowie etapu wodnego wiemy, że 10 drużyn jest za nami. Na kajaku najpiękniejszym fragmentem jest zadanie specjalne, dotyczące odnajdywania punktów za pomącą ortofotomapy. Zdjęcie satelitarne okazuje się równie dobrym narzędziem do nawigacji.
Na przepaku bijemy rekord przebywania, który trwa 57 minut. No koniec przed wymarszem musimy oddać celne strzały z łuku do tarczy odległej o jakieś 15-20 metrów. Nareszcie mogę się czymś wykazać. Trafiam dwie dziewiątki i sprawiam, że Artur też ma ochotę trafić w środek tarczy... i organizatorzy muszą „siłą” zabrać nam te wspaniałe zabawki. Stalibyśmy tak i strzelali, a nam trzeba biec. Niby niewielki ten etap pieszy (15km), ale za chwilę zrobi się ciemno.

W tym czasie (17-sta godzina ścigania) pierwsi docierają na metę. Dobrze, że o tym wtedy nie wiedzieliśmy. Ku naszej radości pojawia się iskierka nadziei. Ktoś informuje nas, że ani jeden zespół nie ma jeszcze kompletu punktów. Postanawiamy, że wrócimy po ominięty punkt 6. Dlaczego my wtedy w to uwierzyliśmy? Przy takim zmęczeniu każdy akwizytor wcisnąłby nam najgorsze gówno...
Etap pieszy rozpoczynamy dziarsko i po paru minutach spotykamy lekko zdezorientowany team (Hue Hue Team), który nieśmiało pyta nas czy może się do nas przyłączyć. Oczywiście podnosi to nasze morale, bo każdy Polak lubi jak inny ma gorzej i potrafi mniej. Nie do końca była to trafna decyzja. Szukanie punktów, gdy ktoś gada, utrudnia skupienie się. Na szczęście nie są to osoby, które wprowadzają zamęt w nawigację, bo zdawały się wyłącznie na nas. Ten etap 15km, który powinniśmy pokonać, tak jak najlepsi, w 2-2,5h, my pokonujemy w 6h. Przy szukaniu dwóch punktów popełniamy spore błędy na co tracimy blisko 2 godziny, a podczas tego etapu już nie biegniemy, a wyłącznie idziemy. Zmęczenie daje się już we znaki. Zasypiamy w marszu i przegapiamy dobry skręt. Teraz mamy dalej i o dziwo nikt nie chce się cofnąć. Byle dalej w noc. Jest ciemno, zimno i do domu daleko...
Do ostatniej strefy zmian docieramy prawie o północy. Cała doba na nogach i wyłącznie na batonach i żelach, ble. Całe szczęście, że przy ognisku organizatora były kiełbaski. Nawet nie czekaliśmy aby się dobrze przypiekły. Jest strasznie zimno i jak odchodzimy od ogniska to cały się trzęsę. Zakładam wszystko, co mi zostało: koszulkę, bluzę termiczną, znowu koszulkę, bluzę i kurtkę. O nie! Nadal zimno! Jedźmy już!
No tak, jeszcze powrót po 6 punkt. Niestety po dotarciu na miejsce, jakże łatwe tym razem do odnalezienia, okazuje się, że organizator już go zdjął. Dosłownie kilka minut wcześniej. A co tam, dodatkowe dwie godziny na rowerze to przecież mały procent całości. Nie poczujemy...
Od dłuższego czasu zastanawiam się dlaczego Artur jeździ całą szerokością jezdni. Później wyjaśnił mi, że dlatego iż zasypiał. A ja myślałem, że tak wolno jadę a on się nudzi i musi czekać. Cisnąłem ile wlezie, aby nie wypaść blado zupełnie niepotrzebnie.
Zostały nam raptem do końca tylko 2 punkty kontrolne. Jeden nad rzeką przy bagnach, a drugi pod jakimś wiaduktem kolejowym. Niby nic, ale 50km na koniec to nie przelewki. Szybko docieramy do rzeki (czyt. 18km/h) i skręcamy w stronę bagien. Wiemy, że to niedaleko za mostem, który właśnie przejechaliśmy. Nagle przed nami światła rowerzystów. Nasi! Hura! Powiedzą nam, gdzie szukać. No to pędzimy do nich. Są coraz bliżej. Pewnie wracają już z bagien. Gazu! Trzeba ich zapytać jak tam trafić. Nie chce się nam szukać długo w bagnie. Wolimy mieć to szybko z głowy.
Stój! Artur! Co to! Hamujemy dosłownie kilka metrów od... drzwi balkonowych, w których widać tych wszystkich znajomych rowerzystów. Już nie jadą, stoją jak my. No nieźle, jeszcze chwila i wjechalibyśmy komuś do domu.

Punkt na bagnach nie jest łatwo odnaleźć, ale nie spędzamy tam wiele czasu i grzejemy do ostatniego punktu i do bazy. Teraz prowadzi Artur, bo ja mam kryzys. Wytrzymuję minutę jazdy i zasypiam. Schodzimy więc z rowerów i prowadzimy, ale też tylko minutę. I tak w kółko. Tempo naprawdę zawrotne. Odzyskuję wiarę we własne siły, gdy znajdujemy ostatni punkt. Teraz pozostało nam dotarcie do bazy. Jedziemy jakąś wyboistą miedzą, aż zęby bolą. Kierownica sama wyskakuje z rąk. Nic już nas to nie obchodzi. Już tak blisko. Wpadamy po 29 godzinach na metę i dopiero wtedy spada deszcz. Ale jesteśmy w czepku urodzeni.
Podsumowując: przejechaliśmy 100km, przepłynęliśmy 30km, przebiegliśmy 50km, zjedliśmy 6000kcal, wypiliśmy około 15 l na osobę a spaliliśmy 16000kcal.

Projekty: